Pod koniec sezonu padło pamiętne zdanie "Grzesiek, Mariusz Ryczkowski* sprzedaje swój samochód, bo sam będzie budował nowy na sezon 2006, spróbuj, to szaleństwo ma swój niepowtarzalny smak"...
No i zaczęło się! Grzesiek sprzedał auto osobowe i kupił rajdówkę od Ryczkowskiego. Natychmiast też zaczął przygotowania do sezonu rajdowego. Po zimowych remontach i przeróbkach wydawało się, że auto jest super przygotowane. Nie trzeba było dużo czasu by namówić Radka do roli pilota, bo wcześniej już jeździł w rajdach przeprawowych, ale zatęsknił za adrenaliną, która jest nieodłączną częścią terenowych rajdów szybkościowych. Naładowani pozytywną energią i wiarą w sukces stanęliśmy na starcie Rajdowych Mistrzostw Polski Samochodów Terenowych, www.rmpst.org w klasie "KJST" (Konkursowa Jazda Samochodem Terenowym), która jest przedsionkiem do prawdziwej rywalizacji z zawodowcami w następnym sezonie.
*(I miejsce klasa "02" i I w generalce w 2005 roku)
Stremowani, ambitni, pełni zapału zaczynamy sezon. Pierwszy przejazd rewelacyjny. Jesteśmy pierwsi (www.rmpst.org - wyniki), potwierdza się nasza samoocena, że jesteśmy dobrzy i tylko trzeba ten pierwszy rok zaliczyć w KJST, a potem po prostu stawać w szranki z najlepszymi w Polsce. Kolejny przejazd i zimny prysznic. Zawiesiliśmy się na podwoziu i w nagrodę otrzymaliśmy "Taryfę" (karne minuty), które w końcowym rozliczeniu dały nam czwarte miejsce.
Pomni doświadczeń z pierwszej rundy uważamy na miejsca gdzie można się zawiesić, i dalej ostro do przodu. Rewelacyjnie!! Dwa pierwsze przejazdy jesteśmy bezkonkurencyjni w naszej klasie, a zawodowcy też nam nie straszni bo w pierwszym przejeździe mamy drugi czas, a w drugim trzeci czas wśród wszystkich zawodników. Trzeci i ostatni przejazd - umarło sprzęgło, a wraz z nim sny o potędze. Kończymy tę rundę bez punktów. Tajemnica awarii zostanie wyjaśniona dopiero po IV rundzie.
Tarcza sprzęgła wymieniona. Samochód i załoga gotowa do boju. W przeddzień zawodów objazd trasy i trzask, rozleciał się reduktor. Wracamy do mety jak złota rybka na wędce, mając jedno marzenie, które chcemy spełnić sami sobie, zdążyć do rana z naprawą. Na szczęście noc przed nami. Znajdujemy na Allegro używany reduktor i rozpoczynamy wyścig z czasem. Udało się, 6 rano ruszamy i wybucha !!!!! nam silnik. Już wiedząc na czym stoimy, a właściwie leżymy, jedziemy do hotelu gdzie nasi koledzy właśnie wstają. Marzymy by się wykąpać i chwilę się zdrzemnąć i to jak się okazało było również wygórowanym marzeniem - w kranach sucho jak na pustyni. Wszystko w życiu ma jednak dobre i złe strony, dla kolegi Ryczkowskiego to była dobra wiadomość, bo nasz samochód służył mu na tych zawodach jako magazyn części zamiennych.
Wyleczeni z ran poprzedniej rundy z nowym silnikiem wyruszamy do boju i znowu nurzamy się w swej genialności, ale za metą pierwszego przejazdu umiera nam sprzęgło i z mety zjeżdżamy na sznurku, fuj, paskudny widok z miejsca kierowcy, jak powiada Grzesiek. Po zmianie mechanika wyjaśniła się ostatecznie tajemnica awarii z tej i II rundy. Drobiażdżek, nasz utalentowany mechanik zapomniał założyć łożysko wałka sprzęgłowego. Chcieliśmy go zjeść, ale w tym dniu postanowiliśmy być wegetarianami i uszedł z życiem.
To brzmi jak mantra "jesteśmy świetni", jak zwykle dwa pierwsze przejazdy rewelacyjne, a w trzecim zbyt duży skok na "hopce" trzask i przedni most odmówił posłuszeństwa. Został nam tylko tylny napęd, ale udało się przejechać kolejne odcinki z marnym wynikiem, co dało nam czwartą lokatę na mecie. Niestety tym razem ponownie dał się we znaki brak doświadczenia.
Pierwsze trzy przejazdy obowiązkowo z najlepszymi czasami, bo jakże mogłoby być inaczej. W czasie czwartego przejazdu z rowu z wodą wyskoczył wodnik i krzyknął basta!!!
"Wiciński wracaj na swoje miejsce, nie będziesz mi tu z Rybakiem do wody na kołach wjeżdżał!"
No i utopiliśmy auto (łapiąc Taryfę). Mimo najlepszego czasu na kolejnym przejeździe tradycyjnie, jak już runda ukończona, to na czwartym miejscu, bo jakże by mogło być inaczej.
Skromny budżet po kosztownych lekcjach pokory, a równocześnie brak szans na pierwsze miejsce w sezonie 2006 , to podstawa decyzji o rezygnacji z ostatniego startu w sezonie 2006. Zamykamy go z niedosytem na piątym miejscu w KJST na 30 sklasyfikowanych załóg. W przyszłym roku ścigamy się z zawodowcami w klasie "02". Mamy nadzieję, że z lepszym skutkiem.
Postanowiliśmy sprawdzić się w innej formule. Nie tylko na szybkość, ale również na wytrzymałość.
Założenia: przejechać 6 godzin non stop po kilkukilometrowej pętli.
Realizacja: po dwóch godzinach naprawiany po Gdowie reduktor odmówił posłuszeństwa. Tym razem to był po prostu niefart. Niepowodzenie zostało okraszone rewelacyjnym bankietem na którym świętowaliśmy zwycięstwo Grzesia Szwagrzyka w generalce H-6, w walce konkurenta, a prywatnie wspólnika i przyjaciela naszego Grześka. Był rewelacyjny.
Pięć godzin jazdy po kilkunastokilometrowej pętli na poligonie pod Wrocławiem z niespodziankami dotychczas nigdzie niespotykanymi. Po dwóch godzinach jazdy padł nam intercom i niestety ta awaria była brzemienna w skutki. Gdy Grzesiek ominął z niewłaściwej strony bramkę nie zdołałem dotrzeć do niego krzykiem na tyle szybko by można było skorygować błąd. Ale mimo przeciwności losu UDAŁO SIĘ krzyknąć YES. Zajęliśmy piąte punktowane i nagradzane miejsce, a gdyby nie ten głupi błąd byłoby 3xYES za trzecie miejsce na 25 załóg startujących w naszej klasie. No nie myślcie, że było tak słodko i nic się nie działo. Po powrocie i domyciu kilkucentymetrowej warstwy błota z naszego autka okazało się że przednia oś podtrzymywana jest przez jeden uchwyt choć przed startem były dwa. To ci niespodzianka, choć raz dobiegliśmy, pomimo że niewiele brakowało a tylne koła wyprzedziłyby przednią oś.
Cuda się jednak zdarzają !!!
Wyzwanie to pozyskanie funduszy....